czwartek, 9 stycznia 2014

Sheinside - wielkie rozczarowanie

Zachęcona pozytywnymi opiniami w Internecie o sklepie internetowym Sheinside i ich ubraniach, zdecydowałam się zamówić u nich dwie rzeczy. Pierwszą była kremowa sukienka z pięknym dołem i uroczymi naszyciami przy szyi, a drugą sweter. Sweter sam w sobie nieszczególnie mnie zachwycił, dopiero zdjęcia dziewczyn na stronie internetowej uświadomiły mi, że jest to dosyć uniwersalna część garderoby. 

Dla zainteresowanych podaję link do ubrań: sukienka i sweter.

Ubrania kupiłam z 20% zniżką (zalogowałam się przez konta na Facebook’u), także ceny nie były wygórowane. Powinnam była zapłacić prawie 180 zł, ale dzięki zniżce było to ok. 140 zł (wysyłka darmowa). Zapłaciłam kartą kredytową i na przesyłkę czekałam prawie 4 tygodnie.


Wczoraj, kiedy zobaczyłam awizo, szybko popędziłam na pocztę. 




Materiał jest dobrej jakości, rzeczy nie odbiegają znacznie od zdjęć zamieszczonych na stronie internetowej. Rozmiar swetra to "one size" i, o dziwo, pasuje mi bardzo dobrze. 
Niestety, sweter okropnie "gryzie". Jeszcze długo po jego zgięciu nie mogłam opanować niemiłego "drapania". 

Największy problem mam z sukienką... Zamówiłam rozmiar L (miałam ochotę na M, ale stwierdziłam, że łatwiej będzie zwęzić niż poszerzyć :) ).

Według rozmiarów podanych na stronie internetowej: 

·         Shouler(cm) :S:35cm M:36cm L:37cm
·         Bust(cm) :S:82cm M:86cm L:90cm
·         Waist Size(cm) :S:70cm M:72cm L:74cm
·         Length (cm) :S:74cm M:76cm L:78cm
·         Sleeve Length(cm) :S:60cm M:61cm L:62cm

powinno być wszystko ok, dokładnie się pomierzyłam, sprawdziłam też z sukienkami które noszę na co dzień. 


Sukienka, którą otrzymałam, nie posiada metki. Jedynie na opakowaniu zewnętrznym była adnotacja o rozmiarze (L). 




W biuście ma 78 cm zamiast obiecanych 90, a w talii 67 cm zamiast 74 cm. 
Naprawdę nie wiem, kto podał tak mylące rozmiary na stronie... Jestem bardzo zawiedziona, bo zamówienie złożyłam głównie ze względu na sukienkę. 


Na razie wysłałam reklamację i czekam na odpowiedź. Muszę przyznać, że mocno zraziłam się do tak zachwalanego sklepu Sheinside.

czwartek, 2 stycznia 2014

Andrélon - recenzja szamponu

Witam serdecznie w roku 2014 :) Ten wpis będzie dotyczył szamponu marki Andrélon. Produkty tej firmy można co prawda kupić tylko w Holandii, jednak wiele z nas podróżuje, ma znajomych za granicą, itd. więc istnieje możliwość, że miałyście już z nimi styczność lub mieć będziecie. Nigdy nie wiadomo :)

Andrélon Glans&Care to szampon z wyciągiem z pereł do włosów matowych, pozbawionych blasku.

Butelka mieści 300 ml produktu i jest bardzo poręczna, dobrze trzyma się w ręce. Jest też nieźle zabezpieczona, zamknięcie jest porządne, ale otwiera się ją bardzo łatwo. 




Szampon bardzo mocno się pieni (co uważam za duży plus, sprzyja to bowiem jego wydajności), ma też piękny, słodki zapach, który utrzymuje się na włosach.
Konsystencja - raczej rzadka. Co ciekawe, w szamponie znajdują się takie drobne, fioletowe drobinki.

Jeśli zaś chodzi o najważniejsze, czyli działanie, to u mnie sprawdza się naprawdę świetnie. 
Podczas mycia nie plącze włosów, nie ma też działania wysuszającego. Włosy są miękkie i bardzo ładnie pachną.

Cena to około 2,5 euro. Produkty Andrélon często można kupić w promocji, np. 2 za 2 euro - wtedy też można mieszać szampony, odżywki i inne.

Zdaję sobie sprawę, iż nie jest to najdelikatniejszy szampon... Dla zainteresowanych podaję skład:


Ciekawostka: szampon ten produkowany jest pod znakiem towarowym Unilever. Strategią Unileveru jest między innymi sprzedaż tych samym produktów na wielu rynkach. Wyjątkiem jest marka Andrélon - gdyż przeznaczona jest wyłącznie na rynek holenderski. Dlatego też nazywa się ją "lokalnym klejnotem". Co ciekawe, większość produkcji odbywa się w... Polsce! (Tę informację znalazłam w internecie, gdyż na opakowaniu producent tego nie wspomina).

niedziela, 29 grudnia 2013

Powitanie

Hej!

Sama do końca nie mogę w to uwierzyć, że w końcu zdecydowałam się założyć swojego bloga. Tak naprawdę myślałam nad tym od kilku miesięcy.

Tematem przewodnim będą włosy i... jedzenie. Tak, wiem, nikt nie lubi znajdować włosa w posiłku, więc skojarzenia mogą być raczej niemiłe... Niemniej tym właśnie się ostatnio interesuję i mam nadzieję, że zaciekawią Was moje wpisy.

Chciałabym zacząć od opisania stanu moich włosów na dzień dzisiejszy. Nie będę wracać do bardzo odległych czasów (może kiedyś uda mi się dodać taką notkę), a jedynie 4 miesiące wstecz. We wrześniu zainteresowałam się tematem naturalnej pielęgnacji i odkryłam blogi włosomaniaczek. Po pierwszym olejowaniu moje włosy wyglądały tak (jest to zdjęcie z lampą):


Generalnie ich kształt pozostawiał wiele do życzenia, końce były mocno przerzedzone.

Ponad miesiąc później, bo pod koniec października, wybrałam się do fryzjera. Poprosiłam tylko o delikatne wyrównanie. Poniżej zamieszczam zdjęcie wykonane zaraz po powrocie z salonu. Zdjęcie to jest oczywiście z lampą, niesamowity błysk to zasługa silikonowych bomb fryzjerskich:



Kolejne zdjęcie zostało wykonane pod koniec listopada (bez lampy):



Poniższe zdjęcie jest najbardziej aktualne. Zostało ono wykonane na drugi dzień po farbowaniu farbą L'oreal Excellence Creme 7.43 (blond miedziano złocisty). Niestety, nie widać sporej różnicy ze zdjęciem z września, a wtedy kolor był bardziej brązowy niż rudy.



Moim głównym celem jest zapuszczenie zdrowych włosów do talii.